Czy może być piękniejszy dzień w życiu człowieka niż dzień ślubu? Państwo młodzi stają na ślubnym kobiercu i po raz pierwszy oficjalnie w obecności przyjaciół i rodziny przysięgają, że będą ze sobą w zdrowiu i w chorobie, aż do śmierci. Obraz wydaje się sielankowy, ale....
Aby dostąpić tego zaszczytu i móc wziąć ślub, młodych ludzi czeka droga przez mękę i nie problemy logistyczno-organizacyjno-finansowe są wg mnie najgorsze. Przyszłą młodą parę czekają nauki przedmałżeńskie, udzielane przez księdza. Młodzi ludzie, którzy jeśli wierzyć statystykom (tudzież wizualnie stwierdzając patrząc na przyszłą pannę młodą), są już po pierwszym razie, muszą wysłuchać od kapłana garść porad i wskazówek ułatwiających współżycie w rodzinie. Muszą dowiedzieć się o kalendarzykowej metodzie planowania rodziny i gorliwie potwierdzić, że są jej zwolennikami.
Różnie podchodzi się do tych spraw w różnych częściach Polski. Generalnie panuje tendencja, że im bardziej na wschód, tym praktyki są bardziej uciążliwe a nie poddający się im ludzie bardziej represjonowani przez "porządnych" obywateli. Urzędnicy kościoła, bo trudno o nich mówić kapłani, wydają się zadowoleni takim obrotem spraw i wydają się czuć jak ryba w wodzie.
Wracając do przyszłej młodej pary - po pokonaniu wszelkich przeciwności i przebrnięciu przez procedury przedślubne otrzymują PIECZĄTKĘ. Tak drodzy państwo, pieczątkę, peerelowski symbol biurokracji. Ten drobny detal pokazuje prawdziwy stosunek kościoła do wiernych. Człowiek jest dla kościoła owieczką a kapłan jego pasterzem. Kościół nie wierzy swoim wiernym. Nie wystarczy, że młodzi powiedzą, że uczęszczali na nauki. Muszą udokumentować to pieczątką. Więc na jakiej podstawie kapłan odpuszcza grzechy, skoro nie ufa, że to co powiedział wierny jest prawdą. Po co przysięga małżeńska, jeśli w tak prozaicznej sprawie ksiądz nie ufa drugiemu człowiekowi? Odpowiedź jest banalna - taki jest świat. Młodzi okłamią księdza, więc jedynie pieczątka zagwarantuje, że pójdą po naukę.